liczba wyświetleń bloga.

środa, 28 grudnia 2011

ostatnie dni tego roku.. robicie podsumowanie? osobiście unikam tego, bo to dopiero by mnie dotknęło, zdenerwowało i zdołowało. w każdym razie - ostatnie dwa lata były POPIERDOLONE. to odpowiednie podsumowanie, dziękuję.
a plany na sylwestra? oczywiście u mnie, bez wielkiej grupy znajomych z milionem procentów - nie, stawiam na jedną koleżankę i ewentualnie małej dawki alkoholu. ;] najlepszy sylwester, a jak! mam zamiar się bawić bardzo dobrze, bez żadnych dołków i innych podobnych.
jeszcze jedna kwestia - postanowienia noworoczne. taak, na pierwszym miejscu będzie 'lekkie wyjebanie na rzeczy niewarte uwagi'. potem odchudzanie i te sprawy...
no nic, kończę. SZCZĘŚLIWEGO!

piątek, 23 grudnia 2011

jest chujowo. naprawdę chujowo. śnieg się topi akurat wtedy, gdy poczułam do niego sympatię, w domu panuje napięta atmosfera i ciągle się kłócę z rodzicami, no, nie tylko rodzicami niestety..
oczywiście, że musi już mi się psuć humor, nie mogło się bez tego obejść. okropnie bolą mnie plecy i brzuch, a od tego całego krzątania w domu staram się uciec. ale jednak w tym momencie mój spory dom wydaje się być na to za mały.
tik-tok, tik-tok, tik-tok, tik-tok.. czas zbyt szybko płynie. która to godzina? który dzień tygodnia? miesiąca? ile zostało do końca roku? niee, mam już dosyć.


sobota, 17 grudnia 2011

nie piszę, bo albo nie ma o czym, albo mi się nie chce. narzekam na brak czasu, chociaż mam go dużo.wymagam dobrych stopni na semestr, ale nie staram się o nie. czy ze mną jest na prawdę aż tak źle?
wydaje mi się, że w tym roku też nie poczuję 'magii świąt'. dla mnie to tylko sterta bomb kalorycznych i prezentów. wspólnie spędzony, rodzinny czas i tak dalej.. od tego wszystkiego psuje mi się humor.
co bym chciała? TOTALNY SPOKÓJ.

bez zdjęcia.


czwartek, 8 grudnia 2011

generalnie to chujowy dzień. pogoda - koszmar, szkoła -  brak słów, humor - jeszcze gorzej. dzisiaj tak się zdenerwowałam, że po raz pierwszy tak perfidnie popłakałam się w szkole. na szczęście nikt mnie jakoś szczególnie nie pocieszał, bo zamaskowałam to katarem i kichaniem. jakoś wyszło.
mam dosyć wszystkiego, nie mam na nic ochoty, wszystko odkładam na później, a moje PÓŹNIEJ znaczy NIGDY. bardzo szybko się denerwuję i tracę cierpliwość, tracę znajomych, a tych, których mam nie doceniam - wielu ode mnie odchodzi, do jakoś tak przyjętej 'elity klasowej', które jednak mimo, że się zmieniły NA LEPSZE, ciągle uważają, że są najzajebistrze.
jestem rozdarta. właściwie nigdzie nie czuję się tak na 100% swobodnie, wszędzie muszę coś powstrzymywać. i nikomu nie mogę powiedzieć tego, co naprawdę czuję, bo wyszłabym na nieźle trzepniętą i nie umiejącą się wysłowić - no bo tego, co ja czuję opisać się nie da. do niedawna było tak, że w szkole było wszystko okey, mogłam się naprawdę 'wyluzować' i wziąć głęboki oddech, tylko w domu, gdy byłam sama doganiały mnie moje myśli i znów... do niedawna. teraz już tak nie jest - teraz biegnę na równi z moimi myślami cały dzień. i wszyscy widzą, że nie mam humoru. 
co by tu jeszcze.. jutro stracę parę centymetrów moich włosów, fryzjer czeka. grzywka też się skróci. 
zawsze zachwycało mnie w filmach, że gdy kobieta przechodziła duże zmiany w życiu, ścinała włosy. tylko bardziej drastycznie ode mnie.